Opowieść o tym, jak 300 amerykańskich kryminalistów przyjęło prawosławie, a pięciu z nich zostało mnichami
Pięciu mnichów
Pewnego razu, kiedy władyka Izajasz zbierał się do wyjazdu z więzienia, rozmawialiśmy z nim, i on powiedział: „Niektórzy z tych więźniów prowadzą niewiarygodny tryb życia… Oni czytają godziny kanoniczne, nie śpią po nocach, modlą się. Czy kiedykolwiek myślałeś o udzieleniu im postrzyżyn mniszych?” Odpowiedziałem: „Nie, Wasza Ekscelencjo, nigdy nie myślałem o tym”. „Więc pomyślmy o tym razem” – odpowiedział. Minął jakiś czas. Pojechałem do Colorado Springs, żeby odprawić nabożeństwo w tamtejszej cerkwi. Kiedy wszedłem do środka, okazało się, że był tam metropolita Izajasz. Udałem się do niego po błogosławieństwo, i pierwsze, co usłyszałem od niego: „No i co, pomyślałeś o tym, żeby udzielić więźniom postrzyżyn mniszych?” Odpowiedziałem: „Wasza Ekscelencjo, co wyjdzie z tego w takim miejscu jak więzienie?” I on mi odpowiedział: „Ja już wszystko wymyśliłem: ja będę „ihumenem” ich „monasteru”, a wy będziecie ojcem duchowym. Na razie wybierz kandydatów, a podczas mojej następnej wizyty zorganizujemy postrzyżyny”. W rezultacie udzieliliśmy postrzyżyn mniszych pięciu więźniom. Zachodziliśmy do celi do więźnia i nakładaliśmy nań riasę. Metropolita przez kratę czytał modlitwy i dokonywał postrzyżyn mniszych.
W rezultacie jeden z tych więźniów napisał mi długi list, w którym opowiadał, że kiedy nakładaliśmy na niego riasę, „krata dosłownie wyparowała, i pojawiły się setki mężów, odzianych w czerń i z brodami – oni wszyscy byli obecni na moich postrzyżynach. To było coś niewiarygodnego”. Ci więźniowie tak poważnie odnieśli się do swojej wiary!
Więzienie było rozdzielone na dziewięć różnych oddziałów, każdy z których miał swój poziom surowości i służył swoim celom. W jednym z oddziałów trzy lub sześć rzędów, a w każdym rzędzie – dwie grupy cel, po dwanaście na górze i na dole. Więźniowie urządzali swego rodzaju „łączność telefoniczną” ze sobą nawzajem. Przy pomocy rolki papieru toaletowego, którą nakładali na prysznic, więźniowie z siłą wydmuchiwali wodę z rur, dostatecznie daleko, aby rury były puste między twoją celą a celą twojego sąsiada. Oczywiście nie od razu, ale z czasem udało się im urządzić „łączność telefoniczną”. Tak było, że dwóch więźniów z postrzyżynami mniszymi siedzieli w celach, znajdujących się jedna nad drugą. Pewnego razu oni tak siedzieli i rozmawiali o zbliżającym się Wielkim Poście. „Och! Nie mogę doczekać się Wielkiego Postu! Ja tak lubię pościć!” – mówił każdy z nich. U nich wykształcił się plan – czytać w ciągu tygodnia cały Nowy Testament w ciągu całego postu. Tak mijał okres Wielkiego Postu.
Niewiasta w bieli zwróciła się do więźnia: „Weź Mojego Syna!”
Jak łatwo się domyślić, 24 cele mieściły się na dwóch piętrach, i w związku z tym „kontakt telefoniczny” więźniów nie był prywatny. Inni więźniowie lubili słuchać rozmowy swych towarzyszy, bo nigdy nie wiesz, co usłyszysz w takim przypadku. I oto jeden z więźniów-sąsiadów usłyszał pewnego razu rozmowę o poście i głęboko przejął się tym tematem. Wcześniej on nic nie słyszał o prawosławiu, ale teraz był w zachwycie i powiedział sam do siebie: „Nieźle! Wkrótce będę pościć!” Ale on nie wiedział, jak należy pościć, dlatego od pierwszego dnia postu on po prostu w ogóle nic nie jadł! Po całkowitym wstrzymywaniu się od jedzenia w ciągu trzech dni on nocą nagle obudził się, ponieważ ujrzał Niewiastę w bieli, jaśniejącą jasnym nieziemskim światłem. Ona trzymała Dzieciątko na rękach i patrzyła prosto nie niego. Nagle Ona zwróciła się do więźnia: „Weź Mojego Syna!” Mężczyzna tak się przestraszył, że narzucił koc sobie na głowę, ale Niewiasty już nie było. Następnej nocy widzenie powtórzyło się: jasna i jaśniejąca Niewiasta powtórzyła prośbę: „Weź Mojego Syna!” Cud powtórzył się i w trzecią noc. Kiedy następnego dnia obchodziłem więźniów-mnichów, oni powiedzieli mi: „Powinieneś zobaczyć takiego jednego. Z nim dzieje się coś dziwnego”. Tak i zrobiłem, i on opowiedział mi, co z nim się stało. Potem popatrzył na mnie i zapytał: „Ojcze, co to znaczy?” Odpowiedziałem: „Cóż, nie jestem objaśniaczem snów i wizji. Ale wydaje mi się, że zjawiła się tobie Matka Boża i prosiła abyś poświęcił swoje życie Jej Synowi – Jezusowi Chrystusowi”. On zgodził się: „Wiecie, tak i myślałem, że to coś w tym rodzaju!” Kontynuowałem: „Ale jutro przyjedzie człowiek, który jest o wiele mądrzejszy ode mnie. Planuję przyprowadzić go do ciebie, i możliwe, że on da tobie bardziej głębokie objaśnienie”.
Następnego dnia przyjechał metropolita Izajasz, i ja powiadomiłem go o zajściu. Poszliśmy do tego młodego człowieka i władyka poprosił, aby ten opowiedział o wszystkim. On opowiedział wszystko hierarsze, ale on wysłuchał i nic jemu nie odpowiedział. Potem metropolita zwrócił się do mnie i surowo (jeśli widzieliście, jak surowy bywa czasami władyka Izajasz, to rozumiecie, o czym mówię) powiedział: „Ochrzcij go!” Moja reakcja była następująca: „Ależ Wasza Ekscelencjo! Przecież on nawet nie jest katechumenem… On nie wie…” A on do mnie: „Bóg powiedział Swoje słowo! Ochrzcij go! A potem naucz!” Odpowiedziałem: „Tak, Wasza Ekscelencjo!” Szybko zrobiliśmy prace przygotowawcze, ochrzciliśmy go, a potem odbyłem z nim nauczające rozmowy. Oto jak bardzo Bóg kocha tych ludzi! Nawet naczelnik więzienia, który uważał, że powinienem przejść służyć tutaj, przed moim odejściem mówił: „Kapelanie, nie oczekuj żadnych rezultatów z tymi ludźmi. Oni są beznadziejni. Oni oderwali się od społeczeństwa i nigdy nie będą jego częścią”. Ale w cudowny sposób niektórzy z nich już na nowo wlali się w społeczeństwo!
O tym jak były rastafarianin zdał licencjat
Pewien młody więzień był rastafarianinem i nosił dready. Nie mogłem zrozumieć ani słowa z tego co mówił. On potrafił komunikować się tylko w rastafariańskim angielskim slangu, i ja, kiedy znajdowałem się w jego celi, ciągle pytałem: „Co powiedziałeś?” On bardzo się denerwował i kontynuował mamrotanie w swoim narzeczu, ale nic nie mogłem zrozumieć. Ale inny chłopak (do tej pory był już prawosławny – o nim będzie mowa niżej) zbliżył się do niego i zaczął opowiadać o prawosławnej wierze w jego języku. W rezultacie były rastaman przyjął prawosławie i później został wypuszczony z więzienia. Przed wyjściem zwrócił się do mnie: „Batiuszka, wybieram się do takiego oto miasta. Podeślijcie mi proszę cerkiew”. Znalazłem mu grecką parafię i podałem adres i numer telefonu. Kilka miesięcy później zadzwoniła do mnie kobieta z organizacji młodzieżowej tej parafii: „U nas teraz znajduje się młody człowiek. On stoi w moim gabinecie i chciałby porozmawiać z wami”. Potem ona wezwała go i on powiedział: „Ojcze, to niewiarygodne! Oni mi ufają!” poparłem go: „O tak, to nieźle! Oni ufają tobie!” On kontynuował: „Nie, nie, wy nie całkiem mnie rozumiecie! Oni mi ufają! Oni mianowali mnie sprzątaczem, dali mi pracę, kiedy wyszedłem z więzienia! Oni obejmują mnie, kochają mnie! Poprosiłem abym posługiwał w ołtarzu, i kapłan pozwolił mi to robić. Po jakimś czasie zaproponowali mi porozmawiać z młodzieżą i zrobiłem to. W zeszłym tygodniu tu na niższym piętrze zbierało się greckie prawosławne żeńskie towarzystwo filantropijne. Potem im była pora pójść na górę i modlić się. W tym czasie ja sprzątałem ze stołu i takie tam. Wszystkie kobiety wyszły i zostawiły swoje torebki na stole! To zadziwiające, ojcze! Oni ufają mi!”
A teraz kontynuacja historii. Ten chłopak, którego z początku nawet nie rozumiałem, później otrzymał stopień licencjata. I myślicie, że w jakiej sferze? Postępowanie karne! Ale on nie spoczął na laurach i dalej otrzymał stopień magistra również w postępowaniu karnym, a potem został zatrudniony przez wydział probacji [probacja - ogólna nazwa instytucji służących resocjalizacji i prewencji kryminalnej – przyp. tum.] swojego miasta. Sędziowie byli obecni na ceremonii, na której wręczano mu dyplom. Możecie sobie wyobrazić byłego młodego przestępcę, chłopaka-punka, i waszego policyjnego opiekuna, który kiedyś siedział w więzieniu o najsurowszym reżimie na świecie? Jakże wielki i dobry jest Pan, który widzi serca tych ludzi, chociaż społeczeństwo odrzuciło ich, nazwawszy nienaprawialnymi i powiedziawszy, że nic dobrego z nich nie może wyjść!
Buddysta, a teraz prawosławny mnich
A ten chłopak, który pomógł rastamanowi przejść na prawosławie, do tej pory uczył się na buddyjskiego kapłana. Będąc kapelanem, musiałem pomagać wszystkim więźniom (niekoniecznie chrześcijanom), niezależnie od wyznawanej przez nich wiary. W tym przypadku moim zadaniem było sprawdzać, czy on korzystnie otrzymuje korespondencyjne wykształcenie od pewnego senseia z Japonii. Ale w procesie naszego kontaktu on nagle zainteresował się prawosławiem i zaczął oglądać moje materiały wideo. Jeden z nich był na temat Atosu o nazywał się „Tysiąc lat jak jeden dzień”. I oto pewnego razu chłopak mówi mi: „Wiecie, ojcze, wydaje mi się że prawosławni i buddyści mają wiele wspólnego”. Odpowiedziałem: „Czyżby! Co dokładnie?” A on do mnie: „Oto wy korzystacie z kadzidła – i my wykorzystujemy kadzidło. Wy dzwonicie w dzwony, i my robimy to samo”. Odpowiedziałem: „Tak, w tym jesteśmy podobni!” On kontynuował: „A jeszcze i wy, i my praktykujemy wewnętrzną modlitwę” i wtedy zaproponowałem: „A nie chciałbyś poczytać jakieś książki o naszej wewnętrznej modlitwie?” I dałem mu literaturę o modlitwie Jezusowej. I on zaczął uważnie czytać, a także coś z wczesnych Ojców. I pewnego pięknego dnia, kiedy zaszedłem do niego, chłopak powiedział mi: „Ojcze, jeśli ktoś taki jak ja zechciał przejść do prawosławia, czy prawosławna Cerkiew przyjęłaby takiego człowieka?” Odpowiedziałem: „Oczywiście!” I wkrótce miałem radość ochrzcić go. A z czasem on wyszedł z więzienia i już kilka lat żyje na wolności. Ten były buddysta był jednym z tych, którym postanowiliśmy nie udzielać postrzyżyn mniszych, ponieważ wiedzieliśmy, że mają niedojrzały wiek, kiedyś znajdzie się w świecie ze wszystkimi jego zgorszeniami, nie wiedząc, dokąd go może zaprowadzić. Ale on zawsze mówił mi: „Batiuszka, ja pragnę monasterskiego życia. Czuję to powołanie od Pana”. I jestem rad powiadomić, że we wrześniu zeszłego roku ten mężczyzna, już będąc na wolności, został postrzyżony na mnicha w Kalifornii. Wstrząsająca historia!
„Ojcze, chcę wrócić do swojej wiary!”
Powtórzę się: to ci ludzie, o których zapomniało społeczeństwo, powiedziawszy, że nie warto tracić na nich czasu. Ale my zatrzymujemy się i rozmyślamy o tym: „Panie, jak to możliwe, że my tak łatwo gardzimy tymi, kto jest stworzony na Twój obraz i podobieństwo? Jak możemy łatwo powiedzieć im: nie, wy już nie jesteście ludźmi?” Jakim by „ciemnym” i „brudnym” nie stał się obraz Boży w tych ludziach, mimo wszystko zawsze i dla każdego, kto znalazł się w więzieniu, jest jeszcze nadzieja.
Do naszego więzienia trafił pewien mężczyzna, czyjego nazwisko brzmiało bardzo „grecko”. On z jakiegoś powodu znalazł się na liście muzułmanów. Pomyślałem: „Jasne. Ten chłopak – muzułmanin?” Ale mimo wszystko zacząłem mu przesyłać islamską literaturę. Tak minął około rok, kiedy w końcu on zatrzymał mnie i powiedział: „Ojcze, nie jestem muzułmaninem”. Odpowiedziałem: „Ja też w to nie wierzyłem. Ale ty jesteś u nas na liście jako muzułmanin”. „Grek” odpowiedział: „Ojcze, jestem prawosławny”. Zareagowałem: „Hmm…” I on opowiedział mi swoją historię. Ten chłopak był prawosławny i od dzieciństwa, co niedzielę, posługiwał kapłanowi w ołtarzu. Ale kiedy miał 14 lat uciekł, został dzieckiem ulicy, wpadł w konflikt z prawem i w rezultacie trafił do więzienia szczególnie surowego reżimu. I oto ze łzami zawo