Prezentujemy wywiad z Wassą (Łarin), mniszką diecezji berlińskiej Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego poza Granicami Rosji, doktorem teologii, wykładowczynią liturgiki na Uniwersytecie Wiedeńskim (Austria).
Prezentujemy wywiad z Wassą (Łarin), mniszką diecezji berlińskiej Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego poza Granicami Rosji, doktorem teologii, wykładowczynią liturgiki na Uniwersytecie Wiedeńskim (Austria). Siostra Wassa przedstawia swoje osiągnięcia naukowe, mówi o sensie nauczania teologii prawosławnej przez osoby, które nie są prawosławnymi chrześcijanami, a także porusza wiele problemów duszpasterskich związanych z życiem Cerkwi zarubieżnej
Proszę nam opowiedzieć o swoim życiu oraz o powodach dla jakich Siostra zaczęła studiować teologię.
Urodziłam się i wychowałam w rodzinie księdza Cerkwi zarubieżnej w miejscowości Nyack (stan Nowy York). Kiedy byłam nowicjuszką i mieszkałam w małej wspólnocie monastycznej w Monachium, to właśnie arcybiskup Berlina i Niemiec Marek skierował mnie wraz z kilkoma innymi mnichami i mniszkami ze swojej diecezji na studia teologiczne do Instytutu Teologii Prawosławnej na Uniwersytecie w Monachium. Powód tej decyzji był prosty: w diecezji brakowało wykwalifikowanych nauczycieli teologii.
Na szczęście, mieliśmy Instytut Prawosławny w Monachium. Ponieważ studia w szkołach wyższych w Niemczech były wtedy bezpłatne, biskup zdecydował skorzystać z tego. Wówczas byłam zdumiona podjętą przez niego decyzją. Nawet nie przepuszczałam, że ja, jako Amerykanka, będę mogła studiować na uniwersytecie niemieckim.
Jak studiowało się na Wydziale Teologii Prawosławnej Uniwersytetu im. Ludwiga-Maximiliana.
Składanie egzaminów, a później również pracy magisterskiej w języku niemieckim, było dla mnie prawdziwym wyzwaniem, ponieważ uczyłam się niemieckiego przeważnie sama i szło mi to nie najlepiej. Program studiów, zbliżony do amerykańskiego, obejmował język starogrecki, łacinę, Stary i Nowy Testament (wprowadzenie, historia oraz egzegeza), historię filozofii, historię Kościoła, patrologię, prawo kanoniczne, homiletykę, teologię pasterską oraz liturgikę. Moim przedmiotem głównym była liturgika.
Napisałam pracę magisterską na temat pochodzenia tzw. początku królewskiego (cs. carskoje nacziało) jutrzni bizantyjskiej. Po zdobyciu przeze mnie tytułu magistra moi promotorzy prosili mnie o kontynuowanie pracy naukowej na studiach doktoranckich.
Początkowo chciałam napisać pracę magisterską z prawa kanonicznego. Ale miałam szczęście spotkać 75-letniego wówczas profesora Roberta Tafta, który obecnie jest wiodącym specjalistą z Liturgii bizantyjskiej. Tak się stało, że ojciec Taft przeczytał moją pracę magisterską z jutrzni bizantyjskiej i napisał mi wiadomość elektroniczną. W swoim mejlu bardzo ostro skrytykował moją pracę, ale zaproponował jej opublikowanie po poprawieniu. Zaoferował mi również przeprowadzenie wykładu na organizowanym przez niego sympozjum w Bawarii, gdzie wkrótce poznałam go osobiście.
Na tym sympozjum ojciec Taft zaproponował mi pomoc finansową oraz bycie promotorem pod warunkiem, że tematem mojej pracy doktorskiej będzie jutrznia bizantyjska (nie zaś prawo kanoniczne, które nazywał «złą stroną dobrej nowiny»). Swoją propozycję umotywował tym, że Rosyjski Kościół Prawosławny poza Granicami Rosji zawsze dobrze celebrował Liturgię. Czyż będzie źle, jeśli będzie miał kogoś znającego się na niej? Pójdź, powiedz swojemu biskupowi o tym, i daj mi znać, co odpowie.
Krótko mówiąc, z błogosławieństwa arcybiskupa Marka napisałam pracę doktorską "Obrzęd spotkania i wejścia arcykapłana w bizantyjskiej Boskiej Liturgii pod kierownictwem" o. Tafta. Ojciec Robert, oprócz tego, że był promotorem, nauczył mnie zasad nauki o Liturgii i jej metodologii. Nie interesuje mnie, co mówisz, - mawiał czasem do mnie, - byle byś mogła potwierdzić to za pomocą racjonalnych argumentów. Nauczył mnie systematyzowania i analizowania rękopisów liturgicznych, sposobów przygotowywania publikacji; powiedział, jakie czasopisma naukowe czytać itd.
Zabierał mnie również na konferencje i sympozja, które się odbywały na całym świecie, gdzie przedstawiał mnie wybitnym uczonym z tej dziedziny. Wielu z nich było w swoim czasie jego uczniami. Na kilka miesięcy przed ukończeniem pisania pracy doktorskiej dostałam ofertę pracy w charakterze pracownika naukowego ze stopniem doktora w Instytucie Liturgiki Uniwersytetu w Wiedniu.
W dniu 18 grudnia 2008 roku obroniłam pracę doktorską w Instytucie Prawosławnym w Monachium w obecności zarówno arcybiskupa Marka, jak i ojca Roberta Tafta. Zgodnie z niemieckim regulaminem akademickim, ta obrona była ustnym dwugodzinnym egzaminem z trzech różnych dziedzin teologii mających związek z moją pracą: z liturgiki, historii lokalnych Kościołów prawosławnych oraz bizantynistyki. Otrzymałam stopień celujący (“summa cum laude”) z egzaminu i pracy doktorskiej, która zostanie niedługo wydana w Rzymie jako jeden z tomów serii “Orientalia Christiana Analecta”.
Po wystąpieniu archimandryty Roberta Tafta na żeńskiej konferencji Cerkwi zarubieżnej, która miała miejsce latem ubiegłego roku, jeden z naszych duchownych powiedział mi, ze ludzie wyznania innego, niż prawosławne, nie powinni nauczać prawosławnych chrześcijan kwestii związanych z wiarą. Co Siostra o tym sądzi?
Jest to bardzo ważny problem, ponieważ wiele osób tym się u nas martwi. Postaram się udzielić szczegółowej odpowiedzi.
Na początku chciałabym powiedzieć kilka słów o lękach wobec nieprawosławnych chrześcijan, które to lęki, najwidoczniej, leżą u podstawy takiej opinii duchownego. Wydaje się, że dla części naszych wiernych prawosławie jest przede wszystkim lękiem. Natomiast w ich wierze najczęściej jest mało natchnienia i pragnienia wiedzy.
Prawosławni tego rodzaju często nie posiadają wiedzy na temat własnej tradycji i bogatej historii dotyczącej Liturgii, na którą każdy uczęszcza co niedzielę, czy nawet na temat Pisma Świętego. Jednocześnie wierzący prawosławny chrześcijanin mający tego typu lęki z chęcią siedzi godzinami w Internecie, wchłaniając informacje o polityce cerkiewnej, i w ten sposób jeszcze bardziej "usypia" swój zmysł teologiczny.
W takiej kulturze ignorancji i lęku nawet najbardziej wybitni nieprawosławni uczeni, zajmujący się nasza bizantyjską Liturgią, są traktowani raczej jako niebezpieczeństwo, aniżeli przypomnienie o naszym własnym niezorientowaniu w tradycji prawosławnej.
Pozwolę sobie przypomnieć wykład, do którego Pan się odnosi. Podczas wspomnianej konferencji profesor Taft omawiał temat "Kobiety podczas nabożeństwa w Bizancjum: spojrzenie na stracony świat", gdzie opisał życie liturgiczne kobiet w imperium Bizantyjskim na podstawie historycznych źródeł pochodzących z V-XIV ww.
Uczestnicy konferencji dowiedzieli się, że w świątyni Hagia Sophia istniał chór żeński; że kobiety bizantyjskie brały udział w nabożeństwach całonocnego czuwania; że w świątyni były barierki ograniczające mieszanie się mężczyzn i kobiet; że kilku ojców Cerkwi krytykowało Bizantyjczyków za niewłaściwe zachowanie się w świątyni itd.
Jeżeli wasz duchowny chciał powiedzieć, że ta lekcja była wzorem tego, jak “nieprawosławni uczą prawosławnych kwestiom wiary”, to jestem zmuszona zapytać: jakie mianowicie “kwestie wiary” były rozpatrywane podczas tamtego wykładu? Czy uważa nasz duchowny historię kobiet w Bizancjum za “kwestię wiary”? Czy prawosławny opis chóru żeńskiego w cerkwi Hagia Sophia będzie się czymś różnił od opisu rzymskokatolickiego?
Tym nie mniej, chyba się zgodzę, że historia jest w dużej mierze kwestią wiary. Szczególnie dlatego, że nie istnieje zupełnie bezstronna, obiektywna historia. Jednakże by zdobyć wiedzę z zakresu historii jest wymagane wykształcenie. I w przeszłości Cerkiew raczej nie była samowystarczalna w kwestii wykształcenia, bo korzystała w razie potrzeby nie tylko z nieprawosławnych, ale również zupełnie świeckich, a nawet pogańskich instytucji i systemów myśli. Już w Ewangelii według św. Jana, Cerkiew dla sformułowania swoich własnych dogmatów odwołuje się do pojęć wypracowanych przez przedchrześcijańskich filozofów.
Otwartość do świeckiej edukacji wraz z niezłomnym oddaniem wobec swojej własnej wiary oraz miłość do niej była cechą wyróżniającą apologetów i ojców Cerkwi. Święci Grzegorz Teolog i Bazyli Wielki byli dumni z tego, że zdobyli wykształcenie w szkole pogańskiej w Atenach. Nauczycielami Wielkiego Złotoustego byli Libaniusz i Teodor z Mopsuestii — pierwszy był poganinem, drugi zaś heretykiem. Choć święci ojcowie mieszkali w czasach rozwijających się herezji oraz dogmatycznego zamieszania, nie szerzyli prawosławia lęku. Raczej było to prawosławie odpowiedzialności oraz dogmatycznej świadomości, natchnione i wzmocnione pragnieniem kształcenia się.
Przez wiele stuleci rosyjska Cerkiew nie miała żadnego formalnego systemu edukacji teologicznej, dopóki nie został on zapożyczony z rzymskokatolickiego Zachodu za pośrednictwem Kijowa mniej więcej w połowie siedemnastego wieku. Faktem jest, że św. Piotr Mohyła zorganizował swoje szkoły teologiczne na wzór szkół jezuickich. System taki był bowiem zatwierdzony w Rosji.
Przyczyna zapożyczenia naszego systemu kształcenia z Zachodu była bardzo prosta: był to nie tylko najlepszy wówczas system edukacji, ale też jedyny. Alternatywą nauczania zachodniego był brak jakiejkolwiek edukacji. Czyż Cerkiew rosyjska nie powinna była przyjmować edukacji zachodniej i zostawać bez jakiegokolwiek systemu edukacyjnego? Innymi słowy, gdyby każdy z nas miał wybór: czy dać swojemu dziecku wykształcenie, czy go nie dać, to co by wybrał? Rosyjska Cerkiew wybrała naukę z Zachodu, demonstrując w ten sposób posiadanie zdrowego rozsądku i, powiedziałabym, pokory.
Dziś mamy podobną sytuację. Wiele rodzin prawosławnych na Zachodzie wysyła swoje dzieci do szkół i uniwersytetów katolickich albo do nieprawosławnych szkół państwowych czy prywatnych. W instytucjach tych nasza młodzież jest uczona m.in. historii, literatury, filozofii — przedmiotów, które mogą dotykać kwestii wiary. W szkole te dzieci rozmawiają z nieprawosławnymi o kwestiach religijnych. Na przykład, czytają oni przysięgę wierności fladze USA, wymawiając imię Boże wspólnie z nieprawosławnymi, muzułmanami, żydami oraz zapewne i ateistami. Wielu z nas pozwala swoim dzieciom oglądać takie filmy, jak Pasja Mela Gibsona, którego reżyser nie jest prawosławnym chrześcijaninem. W rzeczywistości pozwalamy sobie i swoim dzieciom kontaktować się z nieprawosławnymi chrześcijanami w kwestiach wiary na różnych poziomach na co dzień.
Czy jest przejawem woli Bożej to, że znajdujemy się w otoczeniu tego nieprawosławnego świata? Cerkiew nigdy nie nauczała inaczej. Chrystus zostawił swoich uczniów w tym świecie mówiąc do nich: Miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat. Również Cerkiew śpiewa: „Wznieś serce ludu Boży, ponieważ On zwyciężył wrogów”. To nie jest religia lęku…
Oczywiście, wiara naszego Kościoła jest wyjątkowa. Zachowujemy wierność tylko w stosunku do niego: wybieramy tylko jedną wiarę, nie zaś kilka wiar naraz. Ale to nie oznacza, że nie utrzymujemy żadnych kontaktów z ludźmi należącymi do innych wyznań. Małżeństwo jest również wyjątkowe. Ale małżonkowie nie zamykają się w schowku w celu uniknięcia jakiegokolwiek kontaktu z innymi mężczyznami i kobietami. To by było niedorzeczne i niezdrowe zjawisko. To samo można by było powiedzieć o Cerkwi, gdyby w swoim życiu codziennym zrobiła się gettem.
Zauważyłem, że studenci naszego seminarium, pochodzący z rodzi