Teraz już nie mogę uwierzyć w to, że były takie czasy, kiedy można było długo siedzieć przy Starcu słuchając z uwagą jego pełnych łaski pouczeń.
Teraz już nie mogę uwierzyć w to, że były takie czasy, kiedy można było długo siedzieć przy Starcu słuchając z uwagą jego pełnych łaski pouczeń. Co prawda, zdarzało się to nieczęsto – starca na wszelkie sposoby „chroniono” przed odwiedzającymi. Zwykle sytuacja wyglądała następująco – o. Jan wychodzi ze świątyni i całe mnóstwo pielgrzymów przybyłych do monasteru po poradę od starca rzuca się do niego.
-Ojcze – krzyczy pewna kobieta z tłumu – miesiąc temu zaginął mój syn. Czy on jest jeszcze żywy, czy już zmarł?
Starzec obraca się w stronę płaczącej kobiety, ale nie może z nią porozmawiać. Jacyś ludzie (być może ochroniarze) odpychają kobietę od Starca, którego bardzo szybko prowadzą przez tłum, profesjonalnie trzymając pod ręce. Ale kobieta nie poddaje się, biegnie za starcem, dławiąc się łzami:
-Ojcze! Mój jedyny syn! O Matko Boska, zbaw, pomóż!
W tym momencie ojciec Jan jakoś wydostaje się z rąk ochroniarzy i błogosławi kobietę, pocieszając ją:
-Pani syn jest zdrowy i wkrótce wróci.
W ten sposób porozumiewano się ze starcem – w biegu, najczęściej listownie, przekazując swoje pytania przez obsługującą Tatianę Siergiejewną i również przez nią otrzymując odpowiedź. Z kolei syn tej kobiety wrócił nazajutrz.
Ale bywały też święta, kiedy o. Jan (Kriestiankin) długo i szczegółowo rozmawiał z ludźmi. Oto dlaczego dobrze pamiętam jesień 1988 r. w Pskowsko-Pieczerskim monasterze. Było ciepło, bezchmurnie, klony świeciły złocistym blaskiem. Zarządzający monasterem wyjechali do Moskwy, a archimandryta Jan, wyszedłszy ze świątyni powiedział:
-I oto zarządzający wyjechali od nas. Tylko my zostaliśmy, niemądre główki.
Ojca Jana jak zawsze okrążało mnóstwo ludzi i w ten sposób krótka droga do kielii (celi, miejsca zamieszkania mnichów, red.) zmieniała się w dwugodzinną rozmowę. Ktoś mu przynosi krzesło, my siedzimy wokół niego na trawie. Ze wszystkich stron padają różne pytania:
-Ojcze, co to pierestrojka?
-Pierestrojka? Pierepałka-pierestriełka.
-Ojcze, błogosławcie nam z mamą na przeprowadzkę do Estonii. Znaleźliśmy w Tapu odpowiednie mieszkanie.
-Do Estonii? Chcecie mieszkać za granicą?
Słyszę i się dziwię: Estonia za granicą? A przecież pierestrojka to czas ślepego zachwytu wolnością. Ale jakże wielkie było zmartwienie, kiedy to zbiedniało i rozpadło się wielkie mocarstwo. Estonia znalazła się za granicą. A w „gorących” punktach świata i w Stanach Zjednoczonych wkrótce przelała się krew.
Ale póki co nad głowami jest błękitne niebo i nieśmiała dziewczyna pyta ojca, jak doić krowę. Ludzie się dziwią: żeby przychodzić z takim pytaniem do archimandryty? Ale dla dziewczyny jest to ważne – w swoim monasterze zajmuje się ona właśnie dojeniem krów, a krowy skaczą i nie dają się wydoić. Ze wstydu dziewczyna mówi szeptem, ale o. Jan odpowiada na głos:
-Miałem w dzieciństwie pewien przypadek. Krowa u nas zwykle dawała dużo mleka, lecz nagle zaczęła wracać z pastwiska, nie dając po tym mleka. Zaczęliśmy śledzić krowę i zauważyliśmy, że ona zawsze wchodzi do wodopoju w to miejsce, gdzie gromadziły się sumy. Sumy do niej podpływają i ssą mleko. Wargi u sumów są miękkie, delikatne, a krowie podoba się ta delikatność. Zrozumiałaś, jak to trzeba robić?
-Jak sum – uśmiechnęła się dziewczyna.
Różne pytania zadają ludzie starcu, ale najważniejsze z nich brzmi: jak żyć?
-Ojcze, niedawno przyjęłam chrzest i chcę teraz rzucić pracę, aby żyć przy monasterze i modlić się do Boga.
-Czyli pani chce zostać bezrobotną? – pyta Starzec – a za energię elektryczną jak pani będzie płacić?
-Jak to za energię elektryczną? – kobieta zwraca się do Starca, zdając sobie sprawę z tego, że nawet na wsi trzeba opłacać rachunki za energię elektryczną i za jakieś środki kupować chleb – Ojcze, podpowiedzcie, jak żyć?
-Trzeba dopracować do emerytury. Emerytura dodaje nam skrzydeł.
-Ojcze – dopytuje kobieta przybyła do monasteru – a czy prawosławnym wolno leczyć się za pomocą lekarstw?
-A dlaczego nie? Lekarze są od Boga.
Tę kobietę znam. My obydwie przyjęłyśmy chrzest niedawno w monasterze i wówczas się poznałyśmy. Trafiłyśmy pod opiekę srogich staruszek (ros. bogomołki), które przepowiadają przyjście antychrysta i zauważających jego wszechobecność w dzisiejszym świecie. My ze znajomą na razie o tym nie wiemy, ale one „oświecają nas”, że herbata i kawa to diabelskie napoje. Buty na obcasach też są diabelskie, gdyż obcas to kopyto, a kopyto wiadomo do kogo należy. Według nich, w aptekach są sprzedawane diabelskie artykuły, a sztuka - to cuchnące wyziewy z piekła. Ponadto, przekonują do tego, że trzeba ubierać się pobożnie, więc wkrótce jej podopieczna przychodzi do świątyni ubrana tak, jak one: czarna chustka zasłaniająca czoło, spódnica długa do pięt i grube, męskie buty. Nawet patrzeć na tę maskaradę jest niezręcznie. Jednak wkrótce pod wpływem tych staruszek również ja włożyłam na siebie takie ubranie.
Następnie idę przez dziedziniec monasteru w tym ubraniu, a o. Jan (Kriestiankin) patrzy na moją pobożność i stuka w okno, usiłując coś powiedzieć. Jednak cela o. Jana znajduje się na drugim piętrze i nic nie mogłam usłyszeć.
-Ojcze, nic nie słyszę! – mówię z dołu.
I wtedy archimandryta przekazuje mi przez swoją pomocnicę Tatianę Siergiejewną, bym nie ubierała się w czarne ubranie.
Przebrałam się w swoje zwykłe ubranie i staruszki tak wzgardziły mną, że od tej pory zostałam pozbawiona informacji o diabelskich właściwościach herbaty i sztuki. Zresztą, obecnie piję herbatę, czytam Tiutczewa, lubię malarstwo i piękne, kolorowe chustki.
Odnośnie chustek – ostatniej jesieni przyjechali do Starca mąż i żona. Malują oni pejzaże, biorą udział w wystawach. Żona, trochę się wstydząc, wyjmuje z torebki piękne chustki. Jednak mąż patrzy na to wszystko inaczej. Pewien „żarliwiec” powiedział im, że trzeba upiększać cerkwie ikonami, a nie zajmować się „kobiecymi szmatami”. Krótko mówiąc, proszą oni o błogosławieństwo, aby zrezygnować ze sztuki świeckiej na rzecz pisania wyłącznie ikon. Lecz odpowiedź Starca była następująca:
-Ikonopisców u nas wystarcza, a świat zachoruje bez piękna.
O. Jan mówił też o tym, jak często człowiek odrzuca drogę do zbawienia daną mu przez Boga, kiedy to np. nie chce nieść krzyża karmiącego wielodzietnej rodziny, pilnować chorych rodziców, lecz wymyśla dla siebie szczególnie „duchowe” życie. Dotyczy to każdego z nas. U każdego z nas są pewne problemy, od których chcemy uciec do monasteru i opuścić rodzinę. Ileż rodzin, znajdujących się na krawędzi rozwodu, pozostało razem dzięki Starcu! Ale to już osobny temat. Teraz chciałabym poruszyć bardzo ważną kwestię poruszaną przez Starca: z krzyża się nie schodzi – z krzyża zdejmują, a rezygnować z krzyża to rezygnować z Chrystusa.
Ale jakże trudno jest nieść ten krzyż dany od Boga! Pamiętam, że poskarżyłam się dla o. Jana na swoje troski i dostałam pisemną odpowiedź od niego:
„Droga Nino! Ja Cię jednak wzywam do wysiłku duchowego. Idź za Chrystusem, idź po wodzie, wiarą pokonując wszelkie trudne sytuacje życiowe. Wielu rzeczy nauczyło nas cierpienie, rozwiązało wiele tajemnic z naszego życia duchowego, a tyle jeszcze przed nami. Ale ceną tego jest cierpienie.”
A teraz powiem coś nie od siebie, a na podstawie św. Ojców:
Co nas uspokaja w trudne chwile duchowego kryzysu, gdy wszelka pomoc ludzka jest bezowocna lub niemożliwa? W tej sytuacji uspokaja nas tylko uświadomienie sobie tego, że jesteśmy sługami i stworzeniami Boga; jedno takie uświadomienie ma taką siłę, że jak tylko człowiek z całego serca pomodli się do Boga słowami: „niech będzie we mnie wola Twoja, Panie” i w ten sposób wygasa zdenerwowanie z naszego serca, dzięki tej modlitwie, wypowiedzianej z wiarą, człowiek zapomina o najcięższych smutkach. To dla Pani na te dni, kiedy mgła zasłania niebo nad głową i kiedy wydaje się, że Pan pozostawił swoje stworzenie. Boże błogosławieństwo dla Pani i O. Jednego wymaga ode mnie ciało, czego innego – przykazanie Jednego Bóg, innego – zazdrośnik (tu: diabeł – przyp. tłum.) Jednego czas, innego – wieczność Wylewam gorące łzy, ale moje grzechy pozostają niewypłakane”. Lecz oto wypłaczemy i się zbawimy. Niech Bóg Was chroni, a my będziemy się o to modlić. Archimandryta Jan (Kriestiankin).”
Jakże podtrzymywały mnie w te trudne lata listy i modlitwy o. Jana! Ojciec-pocieszyciel, ojciec, który przeszedł los męczeński. Z łagrów wrócił on z przebitymi palcami, ale unikał rozmów o latach zesłania. Pewnego razu nie wytrzymałam i zapytałam go:
-Ojcze w łagrach było strasznie?
-Z jakiegoś powodu nie pamiętam niczego złego – odpowiedział – tylko pamiętam: otwarte niebo i Anioły śpiewające na niebiosach.
Właśnie to było najważniejsze podczas spotkań ze Starcem – odczuwanie niewidzialnego Światła pełnego łaski, idącego do nas z niebios, a z Bogiem nawet w smutku jest lżej.
Jednak wrócę znów do tej jesieni, kiedy to archimandryta Jan (Kriestiankin) długo rozmawiał z ludźmi.
-Ojcze – skarży się staruszka – pół życia jesteśmy w kolejce po mieszkanie, a mieszkamy wciąż w małym mieszkanku. Jest tak ciasno, że wnuki śpią w jednym łóżku i podpierają podbródek nogami sobie nawzajem.
Tuż za nią podchodzi pewien mężczyzna i niemal krzyczy, opowiadając o tym, jak przez 10 lat pracował w odlewni ze względu na mieszkanie, obiecane przez fabrykę, ale po pierestrojce fabryka nie spełniła jego oczekiwań. Co teraz robić?
-Gdybyście się modlili do św. Spirydona z Tremithus – mówi o. Jan – dawno mielibyście mieszkanie.
Zapisuję na wszelki wypadek imię św. Spirydona z Tremithus, choć nie zamierzam się modlić do niego. Problemów z mieszkaniem u mnie nie ma. Choć właściwie to jakieś są. Ale po tym, jak nasza rodzina ćwierć wieku stała w kolejce po dwupokojowe mieszkanie, otrzymawszy w rezultacie jednopokojowe, niczego już nie oczekujemy od władz. Co prawda nie zostaliśmy usunięci z kolejki, licząc na spełnienie obietnicy, ale sądząc po proponowanych terminach, pośmiertnie. Dlatego też nasza rodzina ma teraz inne plany – kupić dom w Pieczorach obok monasteru, stać nas na to. Co dziwne – później w beznadziejnym stanie kupiłam dom obok Optinoj pustyni, ale tu cały czas kwestie finansowe nie pozwalały na kupno mieszkania. Co więcej, za każdym razem, gdy po wybraniu oferty wybierałam się do oferowanego mieszkania, pojawiał się silny ból w nodze. Jakoś docieram na miejsce, a dom został już sprzedany lub właściciel się rozmyślił. Pół roku spędziłam w poszukiwaniach mieszkania, a potem spytałam archimandrytę Jana:
-Ojcze, dlaczego w żaden sposób nie udaje mi się kupić domu w Pieczorach?
-Ponieważ Pani miejsce jest nie tutaj, tylko w Optinoj pustyni.
Wybacz Panie, że tego nie wiedziałam, ale do tej pory nie słyszałam, a ze słów Starca nasunął mi