czw, 20(7) sie czwartek, 20(7) sie 2026 roku juliański | dzień postny post
Kalendarz →
Publicystyka 13 marca 2019

Jaka powinna być spowiedź?

Ks. Mariusz Synak przedstawia fragment tekstu o. Aleksandra Jelczaninowa na temat spowiedzi.

0 czytelników poleca

Nadszedł Wielki Post. To wielkie wydarzenie, wielka szansa i zarazem wielkie wyzwanie dla tych z nas, którzy poważnie starają się podchodzić do realizacji swego powołania – jako świeckiego, duchownego czy człowieka w ogóle... Temat zatem poważny, więc dziś na poważnie, a nawet bardzo poważnie.

Ale zacznę od cytatu, po przeczytaniu którego sam musiałem się głęboko zastanowić, ponieważ myśli, które za chwilkę przytoczę, mimo sporej delikatności ich autora zostały sformułowane w sposób, jak często go nazywam (być może z racji swej profesji) bez znieczulenia – prosty do bólu, szczery i nie pozostawiający żadnych wątpliwości. Natomiast po zaprezentowaniu owych myśli postaram się przedstawić kilka osobistych refleksji.

Oto one:
„Uczucie, które zazwyczaj pojawia się podczas wygłaszania rozważań skierowanych do przypadkowej (w sensie religijnym) grupy ludzi to takie, że rozmawiasz z niewierzącymi i dlatego twoje słowa o Chrystusie, o wierze, o cudzie przekształcają się w dwustronne, w domyśle dopuszczalne kłamstwo: ja rozmawiam z ludźmi, którzy - jak zakładam – są wierzący, choć wiem, że dla większości z nich to określenie nie jest właściwe, a z ich strony wyczuwam w odpowiedzi - no, przecież ty, będąc duchownym, musisz tak mówić z racji twego stanu, a ja, słuchacz, z czystej przyzwoitości zmuszony jestem cię wysłuchać, niezbyt otwarcie demonstrując swe znudzenie.” Autorem tych słów jest zmarły we Francji w wieku zaledwie 53 lat, w roku 1934 rosyjski duchowny, ojciec Aleksander Jelczaninow. Kaznodzieja, pedagog, przyjaciel młodzieży, asceta, opiekun emigrantów, człowiek pisany z wielkiej litery. Cóż, po wniknięciu w myśl ojca Aleksandra rodzi się - przynajmniej we mnie – uczucie i współczucia, i podziwu zarazem.

Spróbowałem więc w tym kontekście przeanalizować własne „rozważania, skierowane do owej przypadkowej z punktu widzenia religijności grupy ludzi”, czyli czytelników i słuchaczy. Z czytelnikami trudniej, ale przez prawie dwadzieścia lat prowadzenia pogadanek na falach Radia Koszalin ani razu nie złapałem się na podobnej do ojca Aleksandra myśli. Nie przypuszczałem (i nadal nie przypuszczam), że słuchacze słuchają z czystej przyzwoitości, a ja mówiąc to, co mówię, mówię tak, bowiem jako duchowny tak mówić powinienem. Być może specyfika naszych spotkań różni się dość mocno od atmosfery, w której przyszło działać ojcu Aleksandrowi. Przecież radio zawsze można wyłączyć, zrobić sobie małą przerwę w słuchaniu, zaparzając np. niedzielną poranną herbatę. Wolny i uczciwy wybór.

Takiego się spodziewając odwdzięczam się pełną szczerością – myśli i rozważania prezentowane na falach Magazynu Ekumenicznego nie są z gatunku tych, które powinienem prezentować „z urzędu”, idąc torem myśli naszego dzisiejszego autora. Tak nie jest, a przynajmniej bardzo się staram, by tak nie było. Moi Drodzy, jeśli macie odmienne zdanie, zachęcam do przygotowania porannej herbaty lub czegoś podobnego. Natomiast jeśli choć w części zgadzacie się ze mną i chcecie poświęcić kilkanaście minut na dobry, poważny temat - proszę pozostać przy tym materiale. Porozmawiamy o szczerości względem samego siebie. Dla potrzeb dzisiejszego tekstu przetłumaczyłem pochodzący z książki ojca Jelczaninowa pt. „Zapiski” rozdział o spowiedzi. Mam nadzieję, że wniesie dużo dobrego do naszej świadomości, wszak część z nas ma zamiar w czasie postu przystąpić do tego sakramentu. Myślę, że poniższe rozważania okażą się w tym dziele bardzo pomocne:

"Oto czas mojej łaski" (Iz. 48,9) i dzień oczyszczenia! Czas, kiedy możemy odłożyć ciężkie brzemię grzechu, zerwać jego okowy: ów "przybytek Dawida, który znajduje się w upadku" (Dz. 15,16), czyli przybytek naszej duszy, zobaczyć ponownie odnowiony i czysty. Ale do tego błogosławionego oczyszczenia prowadzi niełatwa droga. Jeszcze nie zdążyliśmy przystąpić do spowiedzi, a już nasza dusza słyszy głosy pełne pokusy: "A może odłożyć to na jakiś czas? Czy oby na pewno jestem odpowiednio przygotowany, czy nie za często przypadkiem przystępuję do spowiedzi?". Wobec tych wątpliwości trzeba wykazać zdecydowany sprzeciw. "Jeśli masz zamiar służyć Panu, przygotuj swą duszę na doświadczenia" (Syr. 2,1). Jeśli postanowiłeś rozpocząć przygotowanie do spowiedzi, pojawi się mnóstwo przeszkód, (wewnętrznych i zewnętrznych) ale one znikają, gdy tylko wykażesz zdecydowanie w swoich planach.

Tu można postawić pytanie o częstotliwość spowiedzi: trzeba spowiadać się dużo częściej niż jest to u nas przyjęte, przynajmniej raz w czasie wszystkich czterech postów. My, obciążeni "leniwym drzemaniem", niedoświadczeni w pokucie i nawróceniu, musimy wciąż i wciąż uczyć się nawracać.

To po pierwsze, a po drugie konieczne jest snuć swojego rodzaju nić od jednej spowiedzi do następnej, aby okresy między przygotowaniem do kolejnej spowiedzi były przepełnione duchową walką, zmaganiami, wzmacnianymi przez odczucia z ostatniej spowiedzi i wzbudzonymi oczekiwaniem nowej, nadchodzącej. Druga kwestia, która rodzi dużo wątpliwości to pytanie o spowiednika. Do kogo się udać? A może trzymać się jednego za wszelką cenę? Czy w ogóle można zmieniać spowiednika? W jakich przypadkach można to robić? Doświadczeni w życiu duchowym ojcowie twierdzą, że nie powinno się zmieniać, nawet, gdy jest to tylko nasz spowiednik, a nie ojciec duchowy, przewodnik twego sumienia. Zdarza się oczywiście że po udanej spowiedzi u kapłana kolejne u tego samego spowiednika okazują się jakieś takie bez wyrazu i są słabo przeżywane, i wówczas pojawia się myśl o zmianie spowiednika. Ale jest to niewystarczająca podstawa dla tak poważnego kroku. Nie mówiąc już o tym, że nasze osobiste wrażenia na spowiedzi nie dotyczą samej istoty sakramentu – niewystarczające przeżycia duchowe podczas spowiedzi często są znakiem naszego własnego duchowego chaosu. O tym ojciec Jan Kronsztadzki mówi: "Pokuta i nawrócenie powinny być absolutnie swobodne i w żaden sposób nie wymuszone przez osobę spowiednika".

Dla człowieka, który rzeczywiście cierpi z powodu ran naniesionych przez własny grzech, nie ma różnicy, u kogo będzie się z tego spowiadał. Najważniejsze, aby najszybciej, jak tylko można, wyspowiadał się z niego i odczuł ulgę. Inna sprawa, gdy pozostawiwszy na boku samą istotę sakramentu idziemy do spowiedzi po to, by sobie porozmawiać. I tu właśnie bardzo ważne jest, aby odróżnić spowiedź od rozmowy na tematy duchowe, która może odbywać się niezależnie od sakramentu i najlepiej, kiedy odbywa się oddzielnie od niego, ponieważ rozmowa, co prawda o sprawach duchowych, może wnieść do spowiedzi element rozkojarzenia, niejako schłodzić atmosferę, wprowadzić w sferę sporów teologicznych, osłabić ostrość uczucia pokuty i nawrócenia. Spowiedź nie jest rozmową o własnych niedostatkach, wątpliwościach. Nie jest przekazaniem informacji spowiednikowi na swój temat, a już w żaden sposób nie jest pobożnym zwyczajem. Spowiedź jest gorącym skruszeniem serca, pragnieniem oczyszczenia, rodzącym się przy zetknięciu ze świętością, umieraniem dla grzechu i ożywaniem dla świętości. Samo uczucie pokajanija już jest pewnym stopniem świętości, a chłód, niewiara, stają się stanem oddalenia od Boga.

Spróbujmy wyjaśnić, jak mamy się odnosić do sakramentu pokajanija, czego oczekuje się od przychodzącego do sakramentu, jak się do niego przygotować i co uważać za najważniejszy moment (oczywiście, w tej części sakramentu, która dotyczy spowiadającego się). Niewątpliwie pierwszym aktem będzie badanie serca. W tym celu zostały przewidziane dni przygotowania do sakramentu, zwane gowienijem. "Widzieć swoje grzechy w ich mnogości i w całej ich okropności" to rzeczywiście jest dar Boży, jak mówi ojciec Jan Kronsztadzki. Zazwyczaj ludzie niedoświadczeni w życiu duchowym nie widzą wielości swoich grzechów, ani ich okropności. "Oj tam, oj tam, nic nadzwyczajnego. Tak, jak wszyscy, tylko jakieś drobne grzeszki. Nie ukradłem, nie zabiłem" - tak brzmi zwykle przeciętny początek spowiedzi u wielu ludzi. A egoizm, obrażanie się, czerstwość, dogadzanie słabościom swoim i innych, słabość wiary i miłości, wątpliwości, lenistwo duchowe, duchowa trwoga? Czy nie są to grzechy ważne? Czy możemy stwierdzić, że nasza wiara jest aktywna i gorąca? Że każdego człowieka kochamy tak, jakby był bratem w Chrystusie? Że jesteśmy cisi i pokornego serca? Że porzuciliśmy gniew, przezwyciężyliśmy go?

A jeśli nie, to w czym zawiera się nasze chrześcijaństwo? Czym możemy wytłumaczyć naszą pewność siebie na spowiedzi, jeśli nie "zatwardziałą obojętnością"? Obumieraniem serca, śmiercią duszy, poprzedzającą śmieć cielesną. Dlaczego święci ojcowie, którzy pozostawili nam pokajanne modlitwy, uważali się za najgorszych z grzeszników i ze szczerym przekonaniem wzywali do Najsłodszego Jezusa: "Nikt nie zgrzeszył na ziemi, od samego początku tak, jak zgrzeszyłem ja, niegodny i marnotrawny". A my jesteśmy przekonani, że z nami... wszystko w porządku! Czym jaśniejsze światło Chrystusowe rozświetla serce, tym łatwiej dostrzegane są wszystkie niedostatki, wrzody i rany. I na odwrót – ludzie, którzy są pogrążeni w mroku grzechu, niczego nie dostrzegają w swoim sercu. A nawet jeśli i widzą, to nie wzbudza to w nich strachu, dlatego że nie mają tego z czym porównać. Dlatego prosta droga do poznania swoich grzechów to przybliżenie się do światła i prośba o tę światłość, która sądzi świat i wszystko, co jest ze świata w nas samych (por J 3,19). A dopóki nie ma takiej bliskości do Chrystusa, przy której uczucie pokajanija staje się naszym zwykłym, naturalnym stanem, trzeba, szykując się do spowiedzi, zbadać swoje sumienie – według przykazań, niektórych modlitw lub też według niektórych fragmentów Ewangelii. Badając stan swojej duszy, trzeba starać się odróżnić grzechy podstawowe od pochodnych, symptomy od ich głębszych przyczyn. Na przykład bardzo ważny jest brak koncentracji na modlitwie, senność i brak uwagi w świątyni, brak chęci do czytania Pisma Świętego. Ale czy grzechy te nie pochodzą od małej wiary i słabej miłości do Boga? Trzeba umieć zauważyć w sobie nieposłuszeństwo, samousprawiedliwienie, brak chęci słuchania uwag, nieustępliwość, upór, samowolę, ale jeszcze ważniejszym jest dostrzec ich związek z egoizmem i pychą.

Jeśli zauważamy w sobie nadmierną chęć przebywania w towarzystwie innych, gadatliwość, nadmierną chęć do żartów, wzmocnioną nad wyraz troskę o wygląd, i nie tylko swój, ale też swoich bliskich czy też np. urządzenie mieszkania, to trzeba bardzo starannie zbadać, czy też nie jest to pewną formą próżności wyrażającej się na wielu płaszczyznach. Jeśli zbyt blisko bierzemy do serca życiowe niepowodzenia, ciężko przeżywamy rozłąkę, czy też rozpaczamy bez nadziei pocieszenia o zmarłych, to czy prócz siły i głębi naszych uczuć nie świadczy to również o braku wiary w Opatrzność Bożą? Jest jeszcze jeden dodatkowy sposób prowadzący nas do poznania swoich grzechów – przypominać sobie, w czym zwykli obwiniać nas inni ludzie, a zwłaszcza ci, którzy żyją obok nas, bliscy: prawie zawsze ich zarzuty, przytyki, pretensje mają swoje podstawy. Konieczne jest (i to jeszcze przed spowiedzią) poprosić o wybaczenie wszystkich, wobec których jesteśmy winni i iść do spowiedzi z nieobciążonym sumieniem. Ale przy takim badaniu serca trzeba bacznie śledzić, aby nie wpaść w nadmierną wrażliwość duchową, drobiazgową hiperpodejrzliwość w stosunku do wszelkiego poruszenia się serca; stając na tej drodze można zatracić poczucie hierarchii wartości, zdolność odróżnienia rzeczy ważnych od mniej ważnych, pogubić się w drobiazgach. W takich przypadkach trzeba na jakiś czas odstąpić od badania swej duszy i przejść na prostą i odżywczą duchową dietę, modlitwą i dobrymi uczynkami uprościć i rozświetlić swą duszę.

Przygotowanie do spowiedzi nie polega na tym, aby możliwie, w sposób pełny przypomnieć sobie i nawet zapisać swoje grzechy, ale w tym, aby osiągnąć taki stan skupienia umysłu, powagi i modlitwy, przy których, jak przy świetle, grzechy wyjdą na jaw, inaczej mówiąc spowiednikowi trzeba przynosić nie listę grzechów, a uczucie pokuty i nawrócenia, nie szczegółowo opracowaną rozprawę naukową na temat grzechu, a skruszone serce. Ale znać swoje grzechy nie oznacza jeszcze kajać się w nich. Owszem, Bóg przyjmuje